W trzecim odcinku Sofa Series odwiedziliśmy stolicę, Amsterdam. Tym razem gościmy Lisanne de Bruijn z LIS. the Agency. W ramach Sofa Series co miesiąc rozmawiamy na kanapie, a w tym przypadku na krześle ;-), z kobietami, które nas inspirują.
Na pewno widziałaś ją już w naszych mediach społecznościowych. Choć pewnie kojarzysz ją jako twórczynię treści, jej uwaga skupia się na czymś zupełnie innym! Dzięki swojej odwadze i szerokiemu doświadczeniu założyła odnoszącą sukcesy agencję, a od ponad półtora roku jest mamą wspaniałego syna, Louena. Krótko mówiąc, Lisanne to tytan pracy, od której możemy się wiele nauczyć.
Czy mogłabyś się przedstawić? Lisanne: Jestem Lisanne, mam 33 lata i synka Louena. Oprócz bycia twórczynią treści, co robię dodatkowo, najbardziej pochłania mnie moja własna firma, czyli LIS. the Agency. Zarządzamy tutaj 20 twórcami, więc jest co robić. Obecnie pracujemy w pięcioosobowym zespole w biurze w Amsterdamie.

Zaczynałaś jednak jako twórczyni treści, prawda? Lisanne: Tak, zgadza się!
Jak to się wszystko zaczęło? Lisanne: Pracowałam w H&M, zajmowałam się tam marketingiem i PR-em. Codziennie byłam w showroomie, do którego trafiały nowe produkty, pojawiające się w sklepach dopiero trzy miesiące później. Widziałam te wszystkie piękne rzeczy, które same też nosiłyśmy, więc pomyślałam: „Cóż, mogę z tego łatwo tworzyć stylizacje i robić zdjęcia”, co zadziałało świetnie. Mogłam codziennie wrzucać posty z fajnymi outfitami, przez co zaczęłam dostawać mnóstwo pytań typu: „Skąd masz te spodnie?” albo „Czy możesz podać kod produktu?”. Dodatkowo mój chłopak ma własną firmę, Colourful Rebel, i on też ciągle zajmuje się ubraniami, więc w ten sposób mogłam to wszystko ze sobą połączyć.
Więc po prostu naturalnie w to weszłaś? Lisanne: Dokładnie, wcale nie miałam takiego planu, bo przecież miałam normalną pracę. Jednak w ten sposób wszystko urosło dość szybko i mogłam to robić obok moich głównych zajęć. Nie marzę o tym, by stać się w tym kimś wielkim. Lubię to, co robię teraz, i mam wspaniałe obserwatorki, które mogę inspirować, ale nie musi to być nic większego.
A czym dokładnie zajmowałaś się w H&M? Lisanne: Wszystkimi kampaniami z influencerami, to stanowisko marketingowe. Podzielili to na działy, a ja byłam odpowiedzialna za kampanie w Holandii. To było super, bo dzięki temu już wtedy siedziałam w świecie influencerów. Wiedziałam, kto jest na fali, kogo warto zaangażować do marki, jak działa kampania i na co zwracać uwagę. Bardzo lubiłam tę pracę, bo prowadziłam kampanie od A do Z, co teraz robię również w LIS. the Agency, więc był to idealny krok na start.
Czy masz w tym kierunku jakieś wykształcenie kreatywne? Lisanne: Studiowałam komunikację na Uniwersytecie Amsterdamskim (UvA) i już wtedy moją pracę dyplomową poświęciłam mediom społecznościowym, w tamtym czasie głównie Facebookowi, bo jestem już trochę starsza. ;-) Media społecznościowe zawsze mnie interesowały, więc zawsze były obecne w moim życiu, także we wszystkich pracach przed H&M.
Czym zajmowałaś się przed H&M? Lisanne: Pracowałam u Roba Peetooma, gdzie również zajmowałam się social mediami i marketingiem, co bardzo mi się podobało. Wcześniej byłam jeszcze w agencji mediowej, obie te prace podjęłam po studiach. Zdobyłam więc spore doświadczenie, zanim założyła własną agencję, którą prowadzę już od trzech lat.
Wspomniałaś, że agencja zrodziła się z Twoich zainteresowań podczas pracy w H&M. Jak wpadłaś na pomysł, by założyć własną firmę? Lisanne: To oczywiście nie dzieje się nagle. W H&M zauważyłam, że coraz częściej kontaktuję się z menedżerami, a nie bezpośrednio z influencerami. Pomyślałam wtedy, że takich osób nie ma jeszcze zbyt wiele, a widzę w tym potencjał, bo wielu twórców naprawdę tego potrzebuje. Są niezwykle kreatywni i wolą skupiać się na tworzeniu treści, a nie na planowaniu. Zobaczyłam więc lukę na rynku. Kiedyś na Bali rozmawiałam o tym z moim chłopakiem, mówiąc mu: „Od kilku tygodni chodzi mi coś po głowie”. Nie miałam wtedy jeszcze trzydziestki, własnego domu ani dziecka, a on powiedział: „Lis, jeśli nie zrobisz tego teraz, nie zrobisz tego nigdy. Musisz rzucić pracę” i wtedy pomyślałam: „ahhh, to takie radykalne”. Ale pomyślałam też: co może pójść nie tak? Jeśli masz jakieś zaplecze finansowe, warto zaryzykować. Właściwie od razu poszło nam bardzo dobrze.
Czym zajmuje się taka agencja? Lisanne: To bardzo zróżnicowane zadania. Podstawą jest oczywiście zarządzanie talentami, co oznacza, że każdy ma swoją skrzynkę mailową, którą codziennie obsługujemy. Odpowiadamy na maile, wysyłamy propozycje, planujemy kampanie w kalendarzu i pilnujemy, aby treści były gotowe na czas, by mogły wystartować zgodnie z planem. Zajmujemy się też obsługą po kampanii, czyli przesyłaniem statystyk, omawianiem efektów i ewentualnie planowaniem kolejnych działań. Ale wspólnie z talentami patrzymy też na strategię: w jakim kierunku chcą iść? Jakie są ich wymarzone współprace? Co możemy zrobić poza tworzeniem samych treści? Organizujemy sesje inspiracji i burze mózgów, to właściwie pełen pakiet.

Czym Ty konkretnie zajmujesz się w agencji? Lisanne: To się zmienia. Na początku zajmowałam się absolutnie wszystkim. Byłam w każdej skrzynce mailowej, ale gdy firma urosła, poczułam, że tak się po prostu nie da. W pewnym momencie doba stała się za krótka, pracowałam siedem dni w tygodniu po wiele godzin, więc musiałam to zmienić. Zaczęłam zatrudniać ludzi i obecnie mam cztery dziewczyny w zespole oraz stażystkę. Dzięki temu mogę rozdzielać zadania, ale ważne jest dla mnie, by wciąż być we wszystko zaangażowaną. Wiem, co się dzieje i jakie kampanie trwają, ale nie wchodzę już w każdy szczegół. Bardzo lubię brać udział w sesjach strategicznych i burzach mózgów z naszymi talentami. U jednych jestem zaangażowana bardziej, u innych mniej, ale staram się być blisko każdego. Myślę, że to kluczowe i przy okazji najciekawsze. Dodatkowo odpowiadam za wszystkie faktury i tym podobne kwestie. To ta mniej przyjemna część, ale jest konieczna i bardzo ważna.
Co najbardziej lubisz w swojej pracy? Lisanne: Chyba to, że robię coś, co nie wydaje mi się pracą. Oczywiście nie mam teraz nad sobą szefa, co ma swoje plusy i minusy, ale ponieważ sama mogę decydować o kierunku rozwoju i ponieważ jesteśmy wciąż młodzi i możemy iść w każdą stronę, praca wciąż jest ciekawa i ekscytująca. Zauważyłam, że w H&M czy u Roba Peetooma dość szybko zaczynałam się nudzić i szukałam nowej pracy. Myślałam wtedy: „To bez sensu, przecież mam świetną posadę”. Tutaj wyzwania mam na każdym kroku. Czasami zdarzają się momenty paniki typu: „Mój Boże, jak ja to teraz ogarnę?”, ale to mnie motywuje. Kiedy pracuję w weekend, nie czuję, że to praca. Czasem miło jest otworzyć laptopa i nadrobić parę rzeczy. Moi koledzy z biura mówią mi potem w poniedziałek: „Lis, widziałam, że wysyłałaś maile w niedzielę. Tak nie wolno!”. Ale miewałam też okresy, gdy było tego za dużo i wtedy dobrze jest mieć kogoś, kto powie: „odpocznij trochę”.
Czy trudno jest Ci oddawać zadania innym? Lisanne: Tak, bardzo trudno, naprawdę musiałam się tego nauczyć. I wciąż czasem myślę: „Kurczę, zrobiłabym to zupełnie inaczej”. Niekoniecznie lepiej, ale wierzę w to, że jeśli otaczasz się ludźmi, którzy mogą być w czymś lepsi od Ciebie, to tylko pomaga w rozwoju. Bardzo w to wierzę. Oczywiście czasem coś pójdzie nie tak, ale ja też popełniam błędy, to ludzkie i na tym się uczymy.
Jak widzisz przyszłość swojej pracy? Lisanne: W świecie online to trudne pytanie. Wszystko zmienia się tak szybko, ciągle pojawia się coś nowego. Za każdym razem, gdy myślisz, że już wszystko ogarniasz, wchodzi nowa funkcja na Instagramie, którą musimy wykorzystać. Myślę więc, że krajobraz social mediów i influencerów będzie istniał jeszcze przez lata. Nie wiem dokładnie, jaką formę przyjmie, ale nie sądzę, by marketing influencerski był tylko chwilowym trendem. Myślę, że będzie go coraz więcej. Ostatnio na przykład zaangażowałam dwa talenty jako modelki dla dużej marki. Powiedzieli: „Nie chcemy już idealnego obrazka z modelką, wolimy kogoś takiego jak Ty czy ja, kogoś bardziej autentycznego”.
Jak łączysz prowadzenie agencji z byciem twórczynią treści? Lisanne: Dobrze, że nie nakładam na siebie presji. Jeśli nie wrzucę nic przez tydzień, nie spędza mi to snu z powiek. Po prostu myślę: „Ojej, nic nie dodałam”. Czasem nawet moje koleżanki z pracy mówią: „Lis, halo, dodaj coś, bo nic tam nie ma”. Ale myślę, że udaje mi się to fajnie łączyć, bo dzięki agencji i tak cały dzień siedzę w treściach. Nie jestem już dziewczyną, która będzie pokazywać każdy look na rogu ulicy, po prostu już tego nie czuję. Ale jeśli akurat dobrze wyglądam, idziemy na kawę i ktoś powie: „Zrobić Ci szybko zdjęcie?”, to wtedy to robię. Przestałam to planować. Cieszę się, że nie jest to już mój główny cel.