Dzień Kobiet już blisko i w duchu „for women, by women” pomyślałyśmy, że fajnie byłoby zrobić coś innego. Dlatego jako nasz kobiecy zespół chcemy przedstawić Ci nowy, cykliczny projekt: Eline Rosina Sofa Series!
W tej serii co miesiąc będziemy plotkować na kanapie z kobietami, które nas inspirują. W tym odcinku naszym gościem jest: Yeliz Çiçek!
Yeliz jest redaktorką naczelną LINDA.meiden, a wcześniej pracowała w Marie Claire, Vogue i Glamour. Pochodzi (tak jak my!) z Nijmegen i mimo trudności oraz czasem niedostępnego świata mody, wywalczyła sobie drogę na sam szczyt. Jest znana z walki o prawa kobiet, zawsze dba o innych i chętnie angażuje się w sprawy społeczne. Krótko mówiąc: prawdziwa inspiracja!
Czy mogłabyś się krótko przedstawić? Yeliz: Jestem Yeliz Çiçek. Mieszkam w Amsterdamie, ale pochodzę z Nijmegen. Obecnie jestem redaktorką naczelną LINDA.meiden i od zawsze pracuję w świecie prasy. Wcześniej w Glamour, Vogue i Marie Claire. Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że zostanę redaktorką naczelną, ale z perspektywy czasu świat magazynów wydaje się dość logicznym wyborem. Już w szkole należałam do redakcji gazetki, pisałam dużo poza lekcjami, a za kieszonkowe kupowałam czasopisma, żeby wycinać z nich fragmenty i tworzyć własny magazyn w segregatorze. Ale oczywiście praca to nie wszystko, poza nią jestem bardzo ambitną i ciekawą świata osobą, która dużo robi, czyta i ogląda.
Zdjęcie: Stijn de Vries
Pracujesz teraz jako redaktorka naczelna LINDA.meiden. Wcześniej byłaś w Glamour i Vogue. To marki, które zna każdy. Oczywiście nie trafiłaś tam przez przypadek. Czy opowiesz nam o swojej drodze? Yeliz: To prawda, zwłaszcza Vogue dla wielu osób jest czymś wyjątkowym. Sama jako dziecko kupowałam zagraniczne wydania Vogue za kieszonkowe. Zaczęłam od stażu w Marie Claire, potem zostałam tam na stałe i od pierwszej minuty jako stażystka wyciskałam z tej okazji, ile się dało. Brałam się za wszystko, chodziłam na spotkania networkingowe, pisałam za darmo na blogi, odbyłam letni staż podczas Amsterdam Fashion Week, więc bardzo zależało mi na budowaniu sieci kontaktów. W pewnym momencie zaczęłam zapraszać ludzi na kawę. Nauczyłam się tego jeszcze lepiej, pracując w agencji PR (Spice PR), gdzie co tydzień musiałam spotykać się z kimś nowym, co było świetne dla mojego networkingu, bo wszyscy ci ludzie pracowali w branży mody. Po pewnym czasie odeszłam ze Spice PR, bo dostałam pełny etat w Marie Claire. Byłam tam menedżerką ds. cyfrowych i pracowałam już trzy lata, gdy była koleżanka zaprosiła mnie na kawę do Vogue. Chodziło o miejsce w redakcji online tylko na dwa dni w tygodniu. Zastanawiałam się, czy to dobry ruch, bo miałam świetną pozycję w Marie Claire, ale uznałam, że czas na powiew świeżości, let’s go! Przynajmniej będę miała to w CV. Ponieważ praca była tylko na dwa dni, zaczęłam dodatkowo freelansować. Doradzałam firmom komercyjnym w zakresie storytellingu z dziennikarskiego punktu widzenia, czyli co the audience chce usłyszeć/zobaczyć/przeczytać, zamiast tego, co ja jako firma chcę opowiedzieć. To się świetnie uzupełniało i po jakimś czasie na Milan Fashion Week spotkałam redaktorkę naczelną Glamour, która szukała zastępczyni. Powiedziała: „Potrzebuję kogoś, kto wzniesie moje pomysły na wyższy poziom i myślę, że to Ty!”. Tak zostałam zastępczynią redaktorki naczelnej w Glamour. Miałam tam własną kolumnę, dzięki której zostałam zauważona w mediach. W ten sposób trafiłam na radar LINDA.meiden i aplikowałam na stanowisko naczelnej. Tak naprawdę nie dążyłam za wszelką cenę do tego stanowiska, po prostu po drodze pojawiały się odpowiednie szanse.
Słuchając tego, mam wrażenie, że niczego się nie boisz i masz w sobie mnóstwo odwagi. Czy miałaś już sieć kontaktów przed stażem w Marie Claire, czy po prostu rzuciłaś się na głęboką wodę? Yeliz: Zdecydowanie wywalczyłam sobie miejsce na rynku dzięki odwadze. Od zawsze byłam osobą, która bierze sprawy w swoje ręce, bo pracowałam w kawiarni mojego taty. Mając 16 lat, właściwie zarządzałam jego biznesem i kierowałam starszymi mężczyznami po pięćdziesiątce. Tę smykałkę do prowadzenia własnego biznesu mam właśnie po tacie. Dzięki temu zawsze chętniej podejmowałam ryzyko i na stażu byłam bardzo operatywna. Zawsze pchałam się do przodu, brałam na siebie zadania i w ten sposób stałam się niezbędna dla redakcji.
W mojej pierwszej pracy w Marie Claire mój tytuł stawał się coraz dłuższy. Zaczynałam jako edytorka foto/asystentka redakcji, a w pewnym momencie byłam już edytorką foto/asystentką/redaktorką online/producentką i nie tylko. Na wszystko mówiłam: „pozwól, że ja to zrobię”. Wtedy w końcu zostajesz zauważona, a przy okazji mnóstwo się uczysz. Szefowa redakcji była fantastyczna, była Francuzką i wielką intelektualistką. To, jak tworzyła ten magazyn, było dla mnie niezwykle inspirujące. Cały czas patrzyłam jej przez ramię i pytałam: „jak to robisz?” albo „kogo do tego zapraszasz?”. Na szczęście była na to otwarta. W Marie Claire pracowały kobiety, które wspierały stażystki i juniorów chcących wiedzieć wszystko. Już wtedy panowała tam atmosfera prawdziwego empowermentu.
Jesteś osobą, która czyni świat magazynów bardziej ludzkim, łącząc ludzi i chcąc zmieniać życie kobiet. Wielu postrzega tę branżę jako bardzo twardy biznes. Jakie są Twoje doświadczenia? Yeliz: Ogólnie jest to dość niedostępny świat, który przez długi czas opierał się na zasadzie „swój zna swego”, ale dzięki mediom społecznościowym staje się coraz bardziej demokratyczny. Uważam, że magazyny mają misję społeczną, muszą inspirować, ale być dostępne dla czytelników i opowiadać prawdziwe historie. Czas samych ładnych obrazków już minął. Sama nauczyłam się, że jestem bardziej twórczynią historii niż „fashion girl”. Moda mnie interesuje, ale pisanie o niej przez cały dzień już mniej. Poprzez swoje teksty chcę pokazać, że ta branża może być bardziej otwarta. Poza tym, patrząc na to, skąd pochodzę i jak ciężko musiałam pracować, żeby tu dotrzeć – a nie zawsze było kolorowo – dziwnie bym się czuła, siedząc tutaj i nie dbając o innych. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić! Jeśli ktoś mnie o coś pyta lub chce porozmawiać, staram się znaleźć na to czas. Czym jest godzina w tygodniu, jeśli mogę w ten sposób komuś pomóc?
Co zawsze było Twoją siłą napędową lub wizją? I czy zmieniło się to z czasem? Yeliz: To znowu ta kwestia dostępności. To nie tak, że mając 21 lat, miałam vision board i co roku wyznaczałam sobie cele, absolutnie nie. Ale zawsze jestem bardzo zaangażowana w to, co robię. Jeśli się czegoś podejmuję, robię to na 3000% i myślę, że u podstaw leży to, że żadna praca nie jest dla mnie ujmą. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli jakieś zadanie mi nie leży lub nie czuję się z nim dobrze, to po prostu go nie robię. Równie dobrze mogłabym pracować w kawiarni na rogu, serwować kawę i rozmawiać z ludźmi. Pytanie, które zawsze sobie zadaję, brzmi: „what’s worst case scenario?”. Że będę musiała sprzedawać kawę na rogu? Fine! Jeśli oznacza to, że nie muszę sprzedawać swojej duszy i robić czegoś, co mnie unieszczęśliwia, to nie ma problemu. Moje motto to: „nie gadaj, tylko rób”.
Jak mniej więcej wygląda Twój tydzień pracy? Yeliz: Fajne w tej pracy jest to, że każdy tydzień wygląda inaczej. Wspólnym mianownikiem jest zbieranie jak największej ilości informacji, czyli dużo czytam, oglądam, ale też chodzę do muzeów, na wydarzenia prasowe czy otwarcia wystaw. Na podstawie tego, czego się dowiem, planuję treści. Typowy tydzień redaktorki naczelnej to mnóstwo spotkań, burz mózgów i jeden lub dwa eventy (choć przez pandemię jest to teraz utrudnione). Zarządzam więc magazynem, dużo rozmawiam z ludźmi, sprawdzam, co robią, planuję przyszłość i szukam inspiracji. Dzień zaczynam od przejrzenia wszystkich okładek gazet, sprawdzam portale informacyjne i Instagrama. Jesteśmy medium, więc tworzymy treści na bazie newsów.
Czy są jakieś cechy charakteru, które trzeba posiadać, aby zostać redaktorką naczelną? Yeliz: Myślę, że nie, bo każda redaktorka naczelna inaczej interpretuje tę rolę. Ale wydaje mi się, że trzeba być wszechstronnym, musisz być dobrym dziennikarzem, menedżerem i graczem zespołowym. Ważne jest, aby wiedzieć, jak zbierać informacje, co dzieje się w społeczeństwie i jak pozostać relewantnym. Nie możesz być naczelną, nie będąc team playerem, bo to produkt kreatywny i tworzy się go wspólnie. Musisz potrafić zarządzać różnymi zespołami, więc rola menedżerska jest kluczowa. Do tego trzeba szybko reagować i mieć otwartą głowę.
Jesteś prawdziwą „pracowitą pszczółką” i masz bardzo wymagające zajęcie. Jak dbasz o to, by nie przytłoczył Cię nadmiar obowiązków? Yeliz: To rzeczywiście trudne, bo bardzo lubię być w centrum wydarzeń i dużo robić, myślę, że to właśnie czyni mnie dobrą redaktorką naczelną. Nie mam jeszcze dzieci, więc poza mężem i psem, cała moja miłość i czas trafiają do pracy. Ale kiedy na przykład jestem na otwarciu wystawy i rozmawiam z ludźmi, sprawia mi to przyjemność i nie czuję, że pracuję. Dlatego duża ilość pracy mi nie przeszkadza. Kiedy zaczynałam jako naczelna w LINDA.meiden, obiecałam sobie, że w niedziele nigdy nic nie planuję. To jest mój dzień, kiedy po prostu cieszę się czasem w domu z mężem i psem.
Czy masz jakieś rady dla kobiet, które również chciałyby pracować w tej branży? Yeliz: Można iść w dwóch kierunkach: tekstowym lub modowym. Jeśli chodzi o tekst – jeśli jesteś młoda i już wiesz, że chcesz pracować w magazynie, radzę iść na staż, gdy tylko nadarzy się okazja na studiach. Nie musisz być wybredna co do tytułu, bo praca redakcyjna wszędzie wygląda podobnie. Doświadczenie zdobyte w jednej redakcji przyda się w każdej innej. Jeśli jesteś nieco starsza i nie masz już możliwości odbycia stażu, ważne jest, aby dużo pisać – na przykład założyć bloga, prosić o feedback i brać udział w kursach kreatywnych. Kiedy będziesz mieć już gotowe teksty, możesz zacząć je podsyłać do magazynów, najlepiej do zastępcy redaktora naczelnego. Jeśli interesuje Cię strona modowa, kluczowe jest zbudowanie portfolio z własnymi pracami, które będziesz mogła zaprezentować dyrektorowi kreatywnemu. Ogólnie najważniejsze jest po prostu „wylatanie” odpowiedniej liczby godzin.
Zbliża się Międzynarodowy Dzień Kobiet. Co ten dzień dla Ciebie oznacza? Yeliz: Uważam, że świętowanie Międzynarodowego Dnia Kobiet jest niezwykle ważne, choć dla mnie to święto trwa właściwie codziennie. Musimy uświadamiać sobie, że kwestia równouprawnienia jest wciąż aktualna, ponieważ często myślimy, że żyjemy w postępowym kraju i wielu zakłada, że podział ról w Holandii jest sprawiedliwy, ale to nieprawda. Dlatego zawsze głośno celebruję ten dzień i staram się zwracać na to uwagę innych, bo musimy walczyć o nasze prawa, które wciąż nie są równe.
Masz na Instagramie profil o nazwie THE FEMALE INITIATIVE. Czy mogłabyś krótko o nim opowiedzieć? Yeliz: The Female Initiative powstało właściwie z niczego. Rozmawiałam z moim przyjacielem Omarem o tym, czy moglibyśmy zrobić coś dla kobiet prowadzących własne firmy. Przez lata zdobyłam wiele kontaktów w mediach, w tym u znanych influencerek, i pomyślałam, że warto to wykorzystać. Na przykład zaangażować ich zasięgi, aby zwiększyć sprzedaż tych kobiecych biznesów. Nagle na liście znalazło się około 15 topowych influencerek z milionowymi zasięgami, więc projekt od razu nabrał tempa.
Dodatkowo bierzesz udział w kampanii przeciwko molestowaniu ulicznemu. Czy opowiesz o tej kampanii i Twojej roli? Yeliz: Co roku w okolicach Międzynarodowego Dnia Kobiet w LINDA.meiden wydajemy numer poświęcony ważnej sprawie. W tym roku jest to molestowanie uliczne, ponieważ wciąż dochodzi do niego każdego dnia. Kobiety oraz osoby ze społeczności LGBTQI+ boją się chodzić po ulicach, bo często spotykają się np. z zaczepkami. W tej kampanii znane kobiety dzielą się swoimi historiami i sprzeciwiają się przemocy ulicznej. Prowadzimy też kampanię skierowaną do mężczyzn z udziałem znanych twarzy. Większość akcji skupia się tylko na kobietach, co jest piękne, ale trzeba też dotrzeć do mężczyzn, aby nauczyć ich reagować i w ten sposób ograniczyć to zjawisko. Moja rola jako redaktorki naczelnej polega na wymyśleniu całej kampanii, oczywiście wspólnie z redakcją. Razem decydujemy, co robimy i jak to będzie wyglądać, od A do Z.
Czy są kobiety, które Cię inspirują? Yeliz: Jest mnóstwo kobiet, które mnie inspirują, mogłabym wymienić ich setkę! Na przykład Agnès Michot, szefowa redakcji w Marie Claire, gdy tam pracowałam. To, jak tworzyła pismo i jak już wtedy dbała o różnorodność. Była niesamowitą intelektualistką, wszystko czytała, wszystko widziała i naprawdę zastanawiałam się: „jak ja też mogę to robić?”. Do tego Michelle Obama, ona jest uosobieniem women empowermentu. Widać, że to nie jest gra pod publiczkę czy rola Pierwszej Damy. Ona taka po prostu jest, robi to prosto z serca. Jest dla mnie ogromną inspiracją. Interesująca jest też Victoria Beckham – to, jak z członkini girlsbandu stworzyła własną markę i rozwinęła ją w wartą miliony firmę, jest niesamowite. Kiedyś nie podobał mi się jej styl, ale teraz uważam ją za ikonę klasy. Choć muszę przyznać, że sposób, w jaki mówi, nie jest dla mnie aż tak inspirujący. I tak mogłabym wymieniać bez końca... ;-)
Gdzie widzisz siebie za 5 lat, gdyby wszystko było możliwe? Yeliz: Właściwie nie w innym miejscu, po prostu robię to, co teraz. Wciąż mam tyle do zrobienia w świecie prasy. Ale tak jak mówiłam, magazyn ma bardzo ważną funkcję społeczną, więc daje to ogromne możliwości. Poza tym na pewno będę kontynuować projekty takie jak The Female Initiative. Chciałabym też prowadzić duże wydarzenia i być może wspierać kobiety w biznesie na jeszcze inne sposoby.